Opinie

Jaka piękna katastrofa

Motoryzacja, jaką znamy, porusza się po równi pochyłej, jej koniec jest już bliski. Jak to możliwe, skoro producenci prześcigają się w coraz nowszych i doskonalszych konstrukcjach? Może właśnie dlatego.

Na początku było koło. Przez pięć tysięcy lat wykorzystywano je w budownictwie, transporcie, handlu, w rydwanach bojowych, powozach i karocach. Aż w XIX wieku skonstruowano silnik. Kiedy już było koło i jako-tako sprawne silniki spalinowe, rozpoczęła się era samochodu. Właśnie się kończy. Współczesne samochody osiągnęły poziom doskonałości trudny do przewidzenia jeszcze trzydzieści lat temu. Kolejne etapy rozwoju przynosiły doskonalenie napędu, zawieszeń, układów hamulcowych czy kierowniczych, a główny wysiłek skierowany był na ułatwienie obsługi i eksploatacji, podnoszenie komfortu i, przede wszystkim, bezpieczeństwa. Efekt jest taki, że prowadzenie samochodu jest łatwe, auto koryguje błędy kierowcy, ułatwia ruszanie i hamowanie, podpowiada wybór drogi, alarmuje w razie przekraczania prędkości, niekiedy zastępuje prowadzącego. Samochód jest znacznie bezpieczniejszy zarówno dla osób, które w nim jadą, jak i dla pieszych.

Strach ma wielkie oczy
W latach 70. po raz pierwszy strach zajrzał branży w oczy; wizja kończących się zasobów ropy oraz sygnały o zmianach na naszej planecie spowodowała zmniejszanie pojemności silników. Gaźnik zastąpił układ wtryskowy i w zasadzie tyle. Później w samochodach zaczęły się pojawiać coraz bardziej skomplikowane mechaniczne układy ułatwiające prowadzenie samochodu i poprawiające bezpieczeństwo. Powszechnie mówiono właśnie o bezpieczeństwie, dla jego poprawy producenci wprowadzali zmiany w konstrukcji całych samochodów, jak i poszczególnych podzespołów. Ulepszono konstrukcję pasów bezpieczeństwa, dojrzewał pomysł poduszki powietrznej. Względy bezpieczeństwa wymusiły też zmianę wyglądu samochodów, niedopuszczalne były jakiekolwiek ostre krawędzie, zderzaki musiały spełniać (zwłaszcza w USA) precyzyjnie określone normy. Coraz poważniejszym problemem stały się środowiskowe koszty rozwoju cywilizacji. Motoryzacja, która ma też w tym swój niebagatelny, chociaż nie kluczowy udział, znalazła się na cenzurowanym. Benzynę z dodatkiem toksycznego czteroetylku ołowiu wycofano, układy wydechowe wyposażano w katalizatory spalin, inżynierowie pracowali nad poprawą sprawności silników spalinowych. Co prawda koszty produkcji samochodów rosły, ale za to marketingowcy zyskali cały szereg argumentów. W reklamach umiejętnie przekonywali, że nowe rozwiązania w razie nieszczęścia drogowego dają pasażerom większe szanse wyjścia z opresji, a eksploatacja samochodów mniej szkodzi środowisku. Produkcja rosła, sprzedaż również, kolejne wersje tego samego modelu robiły i wciąż się robią coraz większe i cięższe. Liczba samochodów rosła (i rośnie) w postępie niemal geometrycznym. Okazało się, że złoża ropy wcale tak szybko się nie skończą, ale Ziemia jest w coraz gorszym stanie. Oczywiście głównym winowajcą okrzyknięto samochody i spaliny z rur wydechowych.

Kryzys
W nowe tysiąclecie motoryzacja wjechała z dojrzałymi i sprawnymi rozwiązaniami mechanicznymi wspieranymi elektrotechniką. Samochody zrobiły się niemal niezawodne, kierowca musiał jako tako umieć panować nad samochodem, ale komplet narzędzi był mu już zbędny. Na globalnym rynku karty rozdawali producenci europejscy, USA i Japonia. Ci ostatni mieli najbardziej zaawansowane prace nad zmniejszaniem emisji i szkodliwości eksploatacji aut. A sprawa ekologii, zmiany klimatu, zatrucia powietrza nabierała coraz większego znaczenia. Jako że samochody są najbardziej powszechnym elementem współczesności, to właśnie je uznano za największego truciciela. Jest w tym sporo racji. Spaliny, ale również produkcja stali, tworzyw sztucznych, energii czy chemii niezbędnych do produkcji samochodów, to miliony ton dwutlenku węgla, związków siarki i innych trucizn wyemitowanych do atmosfery. To, że krępująca cisza trwa wokół konsekwencji dla środowiska czynionych przez energetykę, przemysł stoczniowy, transport morski czy lotniczy, nie zmienia faktu, że motoryzacja powinna szkodzić mniej. Unia Europejska i Stany Zjednoczone wprowadzać zaczęły coraz ostrzejsze normy dotyczące emisji szkodliwych substancji oraz bezpieczeństwa. Odbywało się to przy aktywnym udziale producentów, na coraz bardziej skomplikowanych, za to bezpieczniejszych i mniej trujących samochodach zarabiali odpowiednio więcej.

Wysokoprężna ułuda


Pod koniec ubiegłego wieku świat niemal oszalał na punkcie silników wysokoprężnych. Nowe rozwiązania układu zasilania (common rail) wraz z udoskonaleniem osprzętu opartego na elektronice znacząco poprawiły osiągi i kulturę pracy Diesli. Z czasem okazało się, że nie taki Diesel piękny. Co prawda zużycie paliwa jest mniejsze, ale dla środowiska (i zdrowia ludzi) spaliny i zawarte w nich cząstki stałe są zabójcze. Ratunkiem mogły być jeszcze bardziej komplikowane układy zasilania oraz oczyszczania spalin. Jako że są to rozwiązania bardzo drogie, to znalazły zastosowanie jedynie w luksusowych samochodach. W autach sprzedawanych masowo stosowane są półśrodki albo też „metody obejściowe”, jak czynił to koncern VW. Wielce prawdopodobne jest, że podobne praktyki stosowali inni producenci, ale twardych dowodów brak. No i tak po dwudziestu latach wysokoprężnego entuzjazmu, producenci wycofują te silniki. Dziś obowiązującym tematem jest napęd elektryczny w różnych odmianach. Entuzjazm wielu środowisk jest jeszcze większy, niż ten, z jakim przyjęto nowe Diesle pod koniec ubiegłego wieku. O zagrożeniach i barierach elektrycznych samochodów mówi się niewiele i bardzo cicho. Oby za 20 lat się nie okazało, że Ziemia i życie na niej poniosło jeszcze większe szkody…

Autonomia i współdzielenie


Jeszcze na początku tysiąclecia komputery nieśmiało szukały sobie miejsca w motoryzacyjnej układance. Początkowo wykorzystywane jedynie do konstruowania i projektowania pojazdów, z czasem znalazły się w ich wnętrzach. Miniaturyzacja i gwałtowny rozwój urządzeń i oprogramowania IT sprawiły, że obecnie komputer w bezprzewodowym telefonie pozwala zdalnie sterować parkowaniem, ogrzewaniem czy zabezpieczeniami samochodu. A komputer z zestawem czujników, kamer, radarów i lidarów umieszczony w trzewiach auta, ogranicza rolę człowieka do bezczynnego pasażera. W salonach wciąż sprzedawane są samochody, do jakich się przyzwyczailiśmy, czyli mają silnik, kierownicę, pedały, biegi… Samochód robi też dziesiątki różnych rzeczy, które jeszcze dziesięć lat temu były futurystyczną fikcją. Mają sygnalizację niezapiętych pasów (okropnie denerwującą), martwego pola, zmiany pasa ruchu, przekraczania dozwolonej prędkości, zbyt małej odległości od przeszkody czy auta z przodu, elektronika wykrywa pieszych, pokazuje obraz z kamery cofania, samochód mówi ludzkim głosem,wybiera właściwą drogę, łączy się z jakąś centralą, budzi, gdy kierowca zamyka oczy i wciąż dodawane są nowe funkcje. Wszystko po to, aby było bezpieczniej i dla ludzi, i dla środowiska. Ale to wszystko pikuś, bo wciąż te samochody mają kierownicę i ktoś cały ten melanż musi obsługiwać. Niestety, koniec takich aut jest już bliski. Dotychczasowa motoryzacja wali się w gruzy. Producenci twierdzą, że są gotowi uruchomić produkcję aut, w których kierowca będzie zbędny. Na dowód pokazują w pełni funkcjonalne pojazdy bez kierownicy. Jak tylko politycy stworzą ramy prawne, aby takie autonomiczne urządzenia drogowe mogły być używane, to miłośnicy jazdy po drogach lub bezdrożach będą się mogli cieszyć autem jedynie w skansenach. Ale to wcale nie jest pewne. Może w ogóle nikomu nie będzie wolno samodzielnie prowadzić jakichkolwiek pojazdów? Wszak powszechne mają być autonomiczne pojazdy należące do… no, kogo? Może Google`a, może Ubera albo Hertza czy firmy Panek, czyli polskiej firmy udostępniającej auta na minuty? Już dziś opłaca się wynajem auta na rok lub dwa, ale to są póki co „normalne” samochody. Ale czy taki, który sam jeździ, będzie warto kupować, czy może bardziej opłaci się wklepywać zamówienie w smartfonie i auto samo podjedzie, zawiezie gdzie chcemy i pojedzie sobie gdzieś?

To już koniec


Dla producentów samochodów nadchodzą trudne czasy. Przegrają z tym, nad czym tak intensywnie pracują – z autonomią pojazdów. Przegrają z ekologią. Przegrają z brakiem i problematycznym magazynowaniem energii elektrycznej. Przegrają z normami i przepisami prawa. W efekcie motoryzacja jaką znamy, zawali się, wielkie marki odejdą do historii, a my… no, cóż. Będziemy tęsknić za tylnonapędową V-ósemką, dzielną terenówką, przestronnym SUV-em czy hipsterskim kabrioletem. Będziemy tęsknić za normalnym samochodem i wspominać dawne, dobre czasy…