Opinie Różności Specjal

Rozmowa o sporcie, technice i mechanice…

Z Grzegorzem Carzastym o drodze od sportu samochodowego do usług warsztatowych, pokonywaniu przeszkód i przełamywaniu stereotypów rozmawiał Mirosław Rutkowski.

Czy wszyscy zaczynają od kartingu?

Kiedyś tak było, w tej chwili to bywa różnie. Są jakby dwie grupy, pierwsza to zawodnicy, którzy budują swoją karierę według starego modelu, czyli zaczynają od kartingu, potem przechodą przez kolejne serie, i to jest najczęściej droga zaplanowana przez rodziców. Przykładem jest Robert Kubica. Druga grupa to młodzież ale i ludzie dorośli, którzy kupują samochód i chcą się pościgać…

Ty również przeszedłeś tę tradycyjną drogę…

Ja nie miałem wyjścia, mój dziadek się ścigał, tata się ścigał, brat taty ścigał, więc i ja też, z definicji, byłem skazany na sport motorowy. Jeździłem na zawody dużo wcześniej, niż sam zostałem zawodnikiem. Miałem pięć lat gdy wsiadłem do gokarta, ale był dla mnie za duży. Wtedy nie było kartów dla takich małych dzieci, wypadłem z toru i na jakiś czas skutecznie się zniechęciłem. Ale jak miałem dziesięć lat zrobiłem licencję i od tego czasu, już ponad trzydzieści lat, jestem związany z motorsportem. Po kartingu przyszedł czas samochodów, startowałeś w rallycrossie, wyścigach…

Więcej było sukcesów, czy porażek?

Myślę, że zdecydowanie więcej było sukcesów, natomiast porażki też były. One wynikały z różnych rzeczy, czasem z braku doświadczenia, czasem ze zbyt dużych ambicji, a także zbyt dużego przyspieszenia w stosunku do umiejętności. Przykładem porażki w rallycrossie, jest przesiadka – po zdobyciu tytułu wicemistrza Polski w Maluchu – do Toyoty, którą Krzysztof Szeszko wyjeździł mistrzostwo. Byłem przekonany, że już wszystko potrafię, a okazało się, że to nieprawda; przez cały sezon uczyłem się samochodu i na koniec byłem dziesiąty czy jedenasty.

Czego uczy sport samochodowy?

Ja myślę, że wielu rzeczy. Każdy sport uczy wytrwałości, uczy godzenia się z porażkami i wyciągania z nich prawidłowych wniosków, uczy też przeżywania radości. Jeżeli wygrywam zawody, to satysfakcja jest ogromna i daje motywację do kolejnych działań. Teraz, patrząc z perspektywy na to, co dał mi sport, to myślę, że nauczył mnie wytrwałości i umiejętności niepoddawania się, konsekwentnej pracy nad tym, aby osiągnąć wytyczone cele. Czasem obraca się to przeciwko mnie, bo tej wytrwałości mam za wiele i sprawy, które powinny być dawno odpuszczone, ja jeszcze chcę kontynuować.

Jak duże znaczenie dla sukcesu w motorsporcie ma współpraca kierowcy i mechanika?

To jest sport zespołowy, nie da się wygrywać samodzielnie. To są skomplikowane dyscypliny, i nie chodzi tylko o serwisowanie samochodów, strojenie silników, dobór opon, ciśnienia, napraw w czasie zawodów, przed i po nich. Na przykład w rallycrossie jest potrzeby spotter, który zarządza strategią wyścigu, w wyścigach torowych podobną rolę pełni inżynier zespołu, w rajdach oczywista jest współpraca z pilotem. Im wyższej rangi zawody, tym większa grupa osób pracuje na sukces, inżynierowie, mechanicy, dietetycy, psychologowie, cały sztab. Ale też i na poziomie amatorskim nikt nie osiąga wyniku sam, to zawsze jest albo praca osób zajmujących się tym zawodowo, albo grupy przyjaciół, które wspomagają startującego kierowcę.

Bez zespołu kierowca wiele nie zwojuje, ale i odwrotnie, bez kierowcy zespół nie istnieje?

To się na pewno musi uzupełniać. Nie da się osiągnąć wyników, jeśli się nie ma tego czegoś, tej iskry bożej, która pozwala być najlepszym. Niektórzy tę iskrę mają i przychodzi im to łatwiej, inni są coraz lepsi, ale potrzebują ciężkiej pracy, są, powiedzmy, rzemieślnikami i dopiero z czasem osiągają sukcesy. I właśnie połączenie kogoś, kto ma tę iskrę z dobrym zespołem może dać rewelacyjne wyniki i ogromną satysfakcję.

Czy można się utrzymać ze sportu samochodowego?

Tego nie wiem, bo nigdy nie próbowałem. Na świecie na pewno, w Polsce są pojedyncze osoby, które z tego żyją. Ja nie potrafię odpowiedzieć dlatego, że w najlepszych czasach jako zespół wychodziliśmy na zero. Mieliśmy fajnych sponsorów, którzy chcieli z nami pracować, rozumieli czym jest motorsport, jakie to są wydatki, a są one absurdalnie wysokie. Można było jeździć z czystą głową, można się było skupić na ściganiu, a nie na załatwianiu tańszego sprzęgła czy opon.

Skoro tylko nielicznym dane jest utrzymać się z motorsportu, to z czasem trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie co dalej?

To dylemat, który dotyczy bardzo wielu osób, które zajmowały się sportem wyczynowym. Dotyczył również i mnie, motorosport przestał być w pewnym momencie rozrywką, a stał się trochę pracą. Zaczęliśmy zajmować się przygotowywaniem zawodników do startów, przygotowywaniem ich samochodów, a potem prowadzeniem w trakcie sezonu, budową i serwisowaniem samochodów. A z uwagi na to, ze grupa zajmujących się motorsportem jest dość wąska, to w naturalny sposób ta pasja przeniosła się również na serwisowanie samochodów cywilnych, codziennego użytku, takich, które jeżdżą po ulicach.

Czy wystarcza doświadczenie sportowe, umiejętność rozwiązywania problemów, czy potrzebna jest jeszcze dodatkowa wiedza techniczna?

Sport na pewno bardzo pomaga, ilość różnych dziwnych sytuacji, jakie zdarzają się podczas wyścigów, liczba awarii, które dotykają nas i inne teamy powoduje, że potem znacznie łatwiej jest się odnaleźć w tym świecie napraw. Najczęściej na zawody jeżdżą bardzo dobrzy fachowcy, w związku z czym jest to ogromna skarbnica wiedzy. Po każdych zawodach jest wymiana informacji, i to jest bardzo istotne. Poza tym bardzo dobrze jest, kiedy pasja jest obecna w sferze zawodowej i z serwisowania samochodów, które nie budzą większych emocji, samochodów ulicznych, można mieć wielką przyjemność.

Motorsport dał również pewne doświadczenie w szeroko rozumianym marketingu, to też się przydaje?

Tak, i to ogromnie pomogło w zarządzaniu serwisem, ponieważ głównie na mojej głowie są wszystkie sprawy związane z promocją i budowaniem wizerunku Power Factory. Sam, ale również z pomocą osób zajmujących się tym zawodowo, pokazuję Power Factory, jako miejsce, w którym dzieje się bardzo wiele ciekawych rzeczy.

A co takiego magicznego jest w Power Factory?

Ja się tu świetnie odnajduję, mamy znakomity zespół z ogromną wiedzą, dzielimy podobną pasję do samochodów, mamy bardzo dobre relacje w warsztacie i, mam nadzieję, odczuwają to również nasi klienci.

Jak się tworzy tak zgraną ekipę?

Trudno mi odpowiedzieć, jak się tworzy, ponieważ nasza droga jest dość nietypowa, wiedzie ze sportowej pasji. Nasze znajomości i relacje zaczęliśmy od motorsportu, to się przerodziło w serwis cywilny. Z czasem dołączały do nas kolejne osoby, osoby, które wiedziały dokąd przychodzą, czym się zajmujemy, jaka jest atmosfera i chciały tu przyjść, w naturalny sposób dołączając do zespołu.

Powszechny jest stereotyp warsztatu, w którym klienci są oszukiwani. Jak przekonujecie klientów, że u was tak nie jest?

Na pewno nie jest to opinia, w której nie ma prawdy, tak bywa. Naszą ambicją od początku było to, żeby właśnie zmienić takie opinie o serwisach. Zawsze staraliśmy się stworzyć proces naprawy w stu procentach transparentny, żeby klient na każdym etapie naprawy wiedział co się dzieje z jego samochodem, dlaczego tak się dzieje, i jakie czynności należy wykonać. Oczywiście to on podejmuje decyzje, ale my sugerujemy najbardziej optymalne rozwiązania. Widać, że ten sposób działania przynosi efekty, ponieważ mamy grono wiernych klientów, którzy rzucają nam kluczyki i mówią róbcie co trzeba, bo wiem, ze mnie nie oszukacie.

Taka rzetelna diagnostyka, dobór odpowiednich, dobrych części, zgodna ze sztuką naprawa wymaga wiedzy, czasu i narzędzi. A to sporo kosztuje. Czy prowadzenie warsztatu w taki sposób Wam się opłaca?

My nie mamy wysokich cen, ale też nie jesteśmy najtańsi, bo to nie ma większego sensu. Cena naprawy powinna być adekwatna do jej jakości. Mamy bardzo dobrych mechaników, naprawdę prawidłowe i dobre wyposażenie, którego żaden warsztat by się nie powstydził, potrafimy z niego korzystać… Natomiast to, co jest najistotniejsze, to komunikacja z klientem. On wie dlaczego tyle płaci, za co płaci, ma również przedstawioną alternatywę na tańsze części i dopóki to się będzie mieściło w granicach bezpieczeństwa, to nie ma problemu. Wskazujemy też jakie czynności można odłożyć w czasie, jakie należy bezwzględnie, właśnie z powodu bezpieczeństwa jazdy, wykonać natychmiast. To procentuje, Power Factory jest w ocenie klientów marką rzetelną.

No, tak… wszystkie stanowiska serwisowe są zajęte. Jest więc sukces zawodowy. Tylko pogratulować…

Dziękuję, ale przed nami wciąż nowe wyzwania, samochody stają się coraz bardziej skomplikowane, trzeba się wciąż uczyć nowych technologii, oprogramowania, rozwiązań. Samochody hybrydowe już naprawiamy, ale do szklanego sufitu jeszcze daleko. Na horyzoncie są napędy elektryczne, również w sporcie… Mamy co robić.