Felieton

Mały Jasio testuje

Powyższym tytułem nawiązuję do długiego, aczkolwiek świetnego felietonu mojego redakcyjnego kolegi Bartosza Ławskiego, który w poprzednim wydaniu iAuto (nr 63) opublikował tekst pt. „Mały Jasio w Wielkim Świecie”. Warto zapoznać się z nim, zwłaszcza zanim ktoś zechce przeczytać kilka poniższych zdań, będących moim osobistym post scriptum do tegoż felietonu.
Z blogiem (także w wersji wideo) mam do czynienia od kilku lat – jako czytelnik kilku z nich, ale też osoba – nie, nie piszę własnego – znająca osobiście kilku blogerów, chociaż tematyka ich twórczości nie ma nic wspólnego z motoryzacją. Nie mam więc wątpliwości, że nie jest łatwo prowadzić dobry blog, czyli taki przyciągający tysiące „śledzących” i nie mniej (może nawet ważniejszych) „lajków”.
Blog z założenia jest czymś osobistym. Początkowo był internetowym „pamiętnikiem”. Obecnie może uzupełniać działania marketingowe wielu firm. I część blogerów świadomie to wykorzystuje, licząc na różnego rodzaje profity ze strony tychże firm (gadżety, wycieczki, pieniądze, itp.). W czym więc problem?
Było kiedyś takie powiedzenie, że „papier wszystko przyjmie”. Oznaczało to, że napisać można wszystko, ale do publikacji była jeszcze daleka droga. Autor tekstu musiał przede wszystkim spełnić wymogi językowe, czyli posługiwać się co najmniej poprawną polszczyzną. Po drugie – i tak jest do dzisiaj w większości redakcji, a przynajmniej być powinno – był zobowiązany do odpowiedzialności za własne słowa. Inaczej narażał siebie (i redakcję) na wstyd lub nieprzyjemności, np. w postaci procesu sądowego.
Tymczasem w necie – hulaj dusza! Roi się od (często wręcz celowo preparowanych) nieprawdziwych informacji, czyli „fejków”. Na wielu blogach przekazywane są treści miałkie, płytkie. Są też ciekawe i wartościowe.
Jest sporo blogów motoryzacyjnych. Lepszych, gorszych… I w pełni popieram tutaj swego rodzaju zarzuty, które stawia w swoim felietonie Bartosz Ławski. Ja również nie miałem dużych problemów, by w ciągu kilku minut wyłowić wśród blogerskich produkcji takie, od których włos jeży się na głowie.
Oto, jeden z nich „testuje” jeden z droższych samochodów zamieszczając filmik z tego wydarzenia. I cóż widzimy? Podekscytowany autor w trakcie jazdy (przez teren zabudowany w dodatku) przez ok. 30 sekund podaje jakieś dane techniczne dotyczące auta odczytując je z ekranu telefonu komórkowego, spoglądając jednocześnie w obiektyw kamerki, a już zupełnie przy okazji na drogę. To właśnie miałem na myśli pisząc o odpowiedzialności za słowa (i czyny). Ten człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że kreując się na znawcę motoryzacji publikuje filmik z własnym wykroczeniem drogowym! Chcesz się bawić w dziennikarza? Więc rób to profesjonalnie. Jeśli już otrzymałeś kluczyki do auta przeprowadzaj swoje testy w sposób bezpieczny. A jeśli zrobisz to dodatkowo w sposób ciekawy i bez nadużywania słowa „jarać”, to niewątpliwie liczba odsłon danego filmiku będzie duża wyższa niż obecny tysiąc czy dwa.
I już zupełnie na koniec. Przykro się zapewne czyta PR-owcom importerów samochodów np. taką wymianę zdań komentujących jeden z tych filmików:
XXX: To zamiast narzekać bierz się do roboty i testuj Talismany, Clio, Espace, itd.
Bloger: Nie chce mi się. Testowanie zwykłych aut to najnudniejsza rzecz na świecie. Serio. Wszystkie są takie same.