Felieton

Błąd w samochodzie

Wypadki się zdarzały, zdarzają i zdarzać będą. Do czasu, gdy w prowadzeniu samochodów ludzi zastąpią komputery, a może również i wtedy. O tym, że samochód może stanowić zagrożenie dla ludzi, wiadomo od czasu uruchomienia pierwszego pojazdu samobieżnego. Wtedy postanowiono, aby przed niebezpieczeństwem ostrzegał człowiek z czerwoną chorągiewką. Można by powiedzieć, że był to pierwszy pojazd należycie oznakowany. Nie był uprzywilejowany, bowiem obowiązywało ograniczenie prędkości do 2 mil/h w mieście i 3 mil/h poza nim, i tego ograniczenia należało przestrzegać.
Samochody powszedniały, co rok było ich coraz więcej, rosła też liczba ofiar wypadków drogowych. Minęło półtora wieku, świat jest całkiem inny. Tragiczne i kosztowne skutki drogowych nieszczęść zaczęto minimalizować. Zbudowano miliony kilometrów dróg, skonstruowano przemyślne skrzyżowania, sygnalizacje i oznakowania dróg, w grubych księgach spisano kto, kiedy, jak i dlaczego ma się posługiwać samochodem. Od z górą pół wieku samochody stają się coraz bezpieczniejsze i coraz łatwiejsze w prowadzeniu.
Każdy kierowca musi mieć prawo jazdy. To dokument, który potwierdza, że jego posiadacz zna przepisy i umie prowadzić samochód. A przynajmniej potwierdzać powinien. Tajemnicą poliszynela bowiem jest to, że nie wszyscy posiadacze tego dokumentu znają przepisy prawa o ruchu drogowym, nie wszyscy też potrafią zmusić maszynę do pełnego posłuszeństwa. Powszechnie to właśnie kierowca uważany jest za najbardziej zawodny i niebezpieczny element układu: droga-maszyna-człowiek.
Błędy wpisane są w każdą ludzką działalność, niestety, także i w pracę kierowcy. Szkopuł w tym, że błąd popełniony w ruchu drogowym może skończyć się źle. Dlatego szkolenie, trening, nieustanne doskonalenie umiejętności ma kluczowe znaczenie. I skupienie, koncentracja za kierownicą. Bo przecież nikt nie chce spowodować wypadku, nikt nie chce być uczestnikiem takiego zdarzenia…
Szerokiej drogi